0

 

 

15.04. 2010r w PSP im. Batalionu Spadochronowego 1 Armii WP w Lubaszu miało miejsce wyjątkowe spotkanie z Państwem Bogdanem i Jadwigą Furman. Pan Bogdan Furman to jeden z piątki rodzeństwa, którego rodzice Józef i Franciszka Furmanowie zginęli z rąk Niemców za ukrywanie żołnierzy z Batalionu Spadochronowego 1 Armii WP. Dla szkoły, która nosi imię Batalionu Spadochronowego 1 Armii WP Pan Bogdan Furman to świadek tragicznych wydarzeń 1944 i 1945 roku. To właśnie 8 i 9 stycznia 1945r. Niemcy zabrali rodziców pana Bogdana, Józefa i Franciszkę. Pan Bogdan opowiadał, że o godz. 9.00 do Kruteczka przyjechało 30 policjantów na koniach i samochodami. W Kruteczku, znajdował się wówczas ich dom, gdzie również dokonano rewizji. A zaczęło się od tego jak: około 20 września 1944r. w godzinach wieczornych rodzeństwo pana Bogdana  było już w łóżkach. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Ojciec poszedł otworzyć. W drzwiach stało dwóch żołnierzy w polskich mundurach z automatem w ręku pytając czy to Polak czy Niemiec. Ojciec odpowiedział, że jest Polakiem. Po czym weszli do mieszkania i zaczęli rozmawiać. Ci żołnierze, powiedzieli, że potrzebują jedzenia dla 11 osób. Tyle właśnie liczył Samodzielny Batalion Spadochronowy, który został zrzucony z 6 na 7 września 1944r. w lasach sokołowskich. Akurat tego dnia Pani Franciszka -.mama pana Bogdana upiekła kilka chlebów, większość z tego zabrali; powiedzieli jednak, że za kilka dni wrócą. Po kilkunastu dniach wrócili. Na dworze zaczęło robić się coraz zimniej. Żołnierze pytali rodziców Pana Bogdana, czy nie znalazłby dla nich jakiegoś schronienia, a konkretnie dla dwóch partyzantów? Pan Furman zgodził się, powiedział, że umieści konia razem z krową i będzie jedno pomieszczenie wolne. Powiedział też najstarszemu synowi Bogdanowi, że nie może tego wyjawić rodzeństwu ani nikomu innemu. Pomieszczenie, w którym ukrywali się partyzanci obłożyli łubinem, tak aby w środku można było się schować i pozostać niezauważonym. Pani Franciszka codziennie nosiła żołnierzom jedzenie. Wieczorami wychodzili na zewnątrz, przychodzili rozmawiać z Panem Józefem, ale także wypełniali swoje obowiązki i zadania jakie mieli do wykonania. Wszystko układało się dobrze do momentu, gdy do gospodarstwa państwa Furmanów przybyła policja niemiecka i przeszukała wszystkie pomieszczenia. Weszła również do chlewa, gdzie ukrywali się Henryk Szafruga i Antoni Hertel. Niemiec ostrym prętem wbijając się łubin, który zalegał kryjówkę skoczków skaleczył nogę Hertlowi. Ten nie wydał żadnego odgłosu, aby się nie zdradzić. Takie rewizje i kontrole zaczęły odbywać się coraz częściej. W tej sytuacji Pan Furman poprosił partyzantów aby wyprowadzili się z ich gospodarstwa. Zaproponował im siedzibę u kolegi w Nowinie pod lasem, ale po kilku dniach wrócili z powrotem. Zaniepokojeni rodzice Pana Bogdana, powiedzieli skoczkom, że teraz nie ma innego wyjścia, muszą iść do lasu wykopać ziemiankę i tam zamieszkać. Oni dadzą im ciepłą odzież i piecyk. Tak też się stało. I znów wieczorami przychodzili po jedzenie i wiadomości. Wszystko układało się dobrze, gdyby nie zostawione na śniegu zamarznięte ślady butów wojskowych, które zauważył niemiecki leśniczy. Natychmiast zgłosił to na policję niemiecką. Od tego momentu zaczęła się tragedia. Rozpoczęła się obława, około 40 policjantów doszło do ziemianki i złapało Antoniego Hertla, Szafrudze udało się uciec, chowając się pod gęste świerki. Następnego dnia, a była to niedziela Szaruga przyszedł do rodziny Furmanów i wszystko opowiedział. Pan Józef kazał mu uciekać w kierunku Krucza. Tam się przechował do momentu gdy weszli Rosjanie. W poniedziałek rano, wspomina Pan Bogdan, przyjechała do nich policja i zaczęła rewizję. Pięcioro rodzeństwa zamknęli w kuchni, a rodziców zaczęli bić, tak że przez drzwi słychać było krzyki i jęki. Podczas rewizji znaleźli broń, dokładnie pistolet, który zostawili im partyzanci w razie potrzeby . Po ukończonej rewizji, Ojca zabrali w kajdankach. Niemcy prowadzili go lasem i zmuszali aby krzyczał i wołał do partyzantów, że mogą wyjść, że jak wyjdą to go uwolnią . Tak szli lasem aż do Stajkowa, gdzie mieli bazę. Ze Stajkowa wieźli go skrępowanego sznurem na stojąco, aby wszyscy widzieli, ze mają bandytę. Z Lubasza odwieziono go do Szamotuł. Z Szamotuł, jak wspomina świadek tamtych wydarzeń pan Andrzejewski, Józef Furman trafił do obozu koncentracyjnego. W akcie zgonu czytamy: data zgonu 31 stycznia 1945r., miejsce zgonu Sachsenhausen. Następnego dnia, tj. 9 stycznia przyszli po matkę Pana Bogdana. Ją również zawieźli do Szamotuł. Stamtąd trafiła do Żabikowa, gdzie zginęła spalona żywcem, tak jak większość więźniów, gdy Niemcy likwidowali ten obóz na wieść gdy do Poznania zbliżali się Rosjanie.


Gdy rodziców zabrakło, 14-letni pan Bogdan musiał zadbać o czworo swojego rodzeństwa. Najmłodszy brat miał 3 lata. Bohaterska postawa rodziców Pana Bogdana została upamiętniona na Pomniku Armii Krajowej naprzeciw Wojewódzkiego Urzędu Marszałkowskiego. Znajdujemy tam tabliczki z napisem Józef Furman – Rolnik 1899-1945, Sachsenhausen; Franciszka Furman Rolniczka, 1904-1945 – Żabikowo.
Pan Bogdan z wielką starannością o szczegóły opowiadał o swoich ciężkich przeżyciach, również małżonka Pana Bogdana, Pani Jadwiga opowiadała o jej tragicznym życiu w czasie wojny.

Serdecznie dziękujemy Państwu Furmanom za to, ze zgodzili się przyjąć zaproszenie i opowiadać o najtragiczniejszych dniach swojego życia.

Jesteśmy również wdzięczni za przekazanie do Izby Pamięci w Publicznej Szkole Podstawowej im. Batalionu Spadochronowego 1 Armii Wojak Polskiego cennych pamiątek i zdjęć dotyczących rodziców Pana Bogdana. Znajdą one swoje miejsce w oddzielnej gablocie.